czwartek, 12 stycznia 2017

Mitchell Kriegman - "Być jak Audrey Hepburn"


~Witajcie kochani!

W moim życiu nastały ciężkie czasy.
Gorączka, katar, ból gardła, kaszel, ból głowy stały się moim chlebem powszednim (przynajmniej od 3 dni :) ).
Doszłam do wniosku, że ciężki żywot człowieka chorego.
Nic mądrzejszego - po moich niezbyt długich kontemplacjach - nie wymyśliłam :)

A teraz już tak zupełnie na poważnie, zapraszam na recenzję książki, którą w tym moim, chorowitym okresie przeczytałam. Mimo wszystko mam nadzieję, że recenzja ta będzie miała "ręce i nogi" :) Jeśli nie - z góry przepraszam :)








Autor: Mitchell Kriegman
Tytuł: "Być jak Audrey Hepburn"
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data premiery: 18 listopada 2016






Zapewne każdy z nas, obserwując życie znanych gwiazd, celebrytów, nie jeden raz marzył o tym, by choć na chwilę posmakować tego przepełnionego luksusem i bogactwem życia. „Być jak Audrey Hepburn” właśnie o tym opowiada. Niech nie zwidzie Was ten tytuł. Książka ta wbrew pozorom nie opowiada o losach Ikony kina, którą zna zapewne każdy, dzięki jej roli w „Śniadaniu u Tiffany’ego”.

Lizbeth, to młoda dziewczyna, która ucieka od codziennej monotonii, oglądając filmy z Audrey Hepburn. Zafascynowana postacią kultowej aktorki marzy o lepszym życiu. Pewnego dnia otrzymuje wiadomość od swej przyjaciółki Jess – stażystki w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Okazuje się, że na prestiżowym wydarzeniu modowym Met Gala, odbywającym się z udziałem nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, zostanie wystawiona legendarna sukienka Givenchy’ego, którą w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego” miała na sobie Audrey Hepburn.
Dzięki pomocy Jess, Lizbeth przymierza słynną suknię, co sprawia, że część osób bierze ją za elegancką i prominentną celebrytkę. Zauważona przez członków miejscowej elity Lizbeth zostaje uznana za kogoś, kim nie jest.
Wkrótce dziewczyna przekonuje się, że jej nowe życie, tak odmienne od wszystkiego co znała, wcale nie jest usłane różami, a ludzie a nowego otoczenia mają wobec niej podejrzane zamiary.







Po przeczytaniu powieści pana Kriegman’a czuję duży niedosyt. Początkowo, książka ta bardzo mi się podobała. Planowałam jej dać wysoką ocenę, mimo iż sama fabuła do wybitnych nie należy. Niestety, potem wszystko już mi nie pasowało. Zanim zaczęłam pisać tą  recenzję, zerknęłam co sądzą o tej książce inni blogerzy. Chciałam sprawdzić czy im też, czegoś w tej książce zabrało. Większość raczej zachwalała tą pozycję, więc wychodzi na to, że albo jestem zbyt chora, przez co, miałam zbyt wyolbrzymione oczekiwania wobec tej książki, albo faktycznie czegoś w niej zabrakło …

To, co najbardziej mnie zirytowało w tej książce, to wprowadzenie przez autora zbyt wielu wątków, nad którymi najwidoczniej nie miał dostatecznej kontroli (albo pomysłu?). Do chwili obecnej nie mogę przeżyć tego, jak można było zostawić bez wyjaśnienia wątek ZK z Liezbeth, wątek Chase czy pocałunek Jess z Liezbeth? To były jedne z ciekawszych wątków tej książki. Zostały one jednak najwidoczniej zlekceważone przez pisarza, który głównie poświęcił opisywaniu cudownych przyjęć bogatej elity i knuciu jakiś zawiłych intryg, które były dla mnie zbyt przereklamowane. Autor poszedł w całkiem innym kierunku, niż moje wyobrażenia. A jego ostateczne zakończenie tej historii doprowadziło mnie do białej gorączki.




Zakończenie według mnie, było „przedobrzone”.  Oczywiście każdy to zakończenie (jak i całą historię) może zinterpretować na swój sposób. Jak dla mnie autor nie miał określonego pomysłu na zakończenie tej książki, na rozwiązanie tych wszystkich wątków. Postawił na coś banalnego, jednocześnie nie zamykając większości wątków. Może w ten sposób, zostawił sobie otwartą furtkę do ewentualnej drugiej części? Kto wie?

Sam styl pisania autora jest w porządku – książkę czyta się lekko i przyjemnie. Opisy nie zanudzają, a dialogi są logiczne i ciekawe. Co do fabuły – tak jak już pisałam – nie do końca przemyślana i osobiście, mam do niej wiele zastrzeżeń.

Podsumowując, „Być jak Audrey Hepburn” to książka z mnóstwem niedopowiedzeń. Można ją okrzyknąć mianem współczesnej i unowocześnionej wersji Kopciuszka. Początkowo zapowiadała się obiecująco – szkoda, że autor bardziej nie przemyślał fabuły. Nie mniej jednak może komuś z Was się spodoba?






Moja ocena: 6/10



Za możliwość przeczytania dziękuję:




Ktoś z Was czytał? Co sądzicie?




Girl from Stars



3 komentarze:

  1. Mnie się podobała, ale ja uwielbiam wszystko, co ma związek z Audrey :) Szkoda, że czujesz niedosyt, nie ma chyba nic gorszego dla czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozostaje życzyć Ci zdrowia! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że pozostawione luki są istotnie namacalne. Tym razem muszę spasować.

    OdpowiedzUsuń