~Witajcie kochani!
Jak co roku, zapraszam na ranking najlepszych historii, jakie miałam okazję poznać w minionym roku ♥
Takie książki jak ta, przypominają mi dlaczego kocham czytać. Dla takich historii jak ta, warto zarwać nie jedną nockę. Bo taka powieść jak ta, wyrywa się w sercu na bardzo długo.
Powieść ta, to emocjonalna bomba, która chwyta za serce. Przypomina ona o tym, o czym tak często zapominamy – o kruchości życia. Choroba nie pyta o wiek, o Twoje plany. Nie zważa na to, czy masz rodzinę, która bez Ciebie sobie poradzi. Jednego dnia jesteś oazą szczęścia i pełni życia, by po kilku dniach, tygodniach bądź miesiącach odejść bezpowrotnie.
Choć poruszana w książce tematyka radzenia sobie z żałobą po stracie bliskich jest niezwykle ciężka, to autorka przeplata te trudne momenty z ciepłymi i pełnymi miłości wspomnieniami, które ukształtowały głównych bohaterów.
„Zdejmij z nieba księżyc” to lektura pełna emocji i wzruszeń. Skłaniająca do refleksji i pobudzająca w czytelniku wdzięczność za życie i osoby, które go otaczają. Ostatnie rozdziały bardzo mnie wzruszyły, wywołując kilka łez, co nie zdarza mi się zbyt często. Warto jednak zaznaczyć, że ta powieść niesie ze sobą nadzieję, że nawet zza najciemniejszych chmur, kiedyś wyjrzy słońce.
„A imię jej szeptał wiatr” to powieść trudna. Pełna obezwładniającego bólu. Nierównej walki z demonami przeszłości. Przepełniona cierpieniem i niosąca ze sobą poczucie ogromnej niesprawiedliwości.
Byłam nieco niepocieszona, gdy zauważyłam, że historia opowiedziana jest w narracji trzecioosobowej. Nigdy za nią nie przepadałam, zwłaszcza w przypadku emocjonalnych opowieści. Zawsze zdecydowanie bardziej oddziałują na mnie historie opowiedziane „w pierwszej osobie”. Tym razem jednak historia była napisana na tyle dobrze, że zupełnie nie przeszkadzało mi to w przeżywaniu tej historii.
Jedyną kwestią do której mogłabym się przyczepić, jest zakończenie książki, które według mnie było napisane na szybko i trochę tak jakby „na kolanie”. Nagle dzieje tak wiele, by po chwili fabuła stała się ponownie statyczna. Bo ciężko inaczej ją opisać. Niech to jednak Was nie zniechęca, bowiem największym atutem tej powieści nie jest wartka akcja, ale ogrom emocji, jakie niesie ze sobą ta historia.
Autorka porusza tym razem wątek straty oraz umiejętności przebaczenia i ruszenia naprzód. Pokazuje również jak ważne jest w przyrodzie zachowanie równowagi. Podkreśla wartość przyjaźni i więzi rodzinnych. Jest to jedna z tych historii, która da do myślenia nie tylko najmłodszym. Jestem przekonana, że dorośli również znajdą w niej coś dla siebie.
Nie sądzę, by w mojej biblioteczce była jakaś książka, bądź seria, która mogłaby dorównać wydaniu tej niezwykłej serii. Wydanie „Kwartetu sezonowego” to majstersztyk. Momentami aż ciężko oderwać wzrok od tych przepięknych ilustracji i wrócić do lektury.
Mam przeczucie, że nic nie przebije „Śnieżnej siostry”, która jest po prostu idealna. Nie zmienia to jednak faktu, że historie Mai Lunde to niezwykłe utwory, zapadające w pamięci i sercu każdego czytelnika, który je przeczyta. Niezależnie po który tom byście nie sięgnęli, to gwarantuję Wam, że czeka Was wyjątkowa uczta literacka, która zachwyci zarówno Wasze oczy jak i duszę.
Moja pierwsza myśl - trochę za dużo tych dramatów spotkało główną bohaterkę.
Druga myśl - Beckett był zbyt idealny, a bliźnięta za bardzo inteligentne i dojrzałe, jak na swój wiek.
Zapewne te dwa spostrzeżenia uwierałoby mnie to o wiele bardziej, gdyby nie ta końska dawka emocji, która zmiotła mnie z planszy. Ta powieść wywołała we mnie coś, czego żadna książka już dawno nie zrobiła – wywołała łzy. Czułam ogromny żal i niesprawiedliwość tego, jak potoczyły się losy bohaterów.
„Ostatni list” to bardzo trudna książka. Romans stanowi w niej niejako dodatek do całości, bowiem jest to historia o stracie bliskich i żałobie, a także o ciężkich chorobach, dotykających w szczególności tych najmłodszych.
Być może dla niektórych ta powieść będzie nieco zbyt przerysowana i przedramatyzowana. Dla mnie jednak stanowi ona przypomnienie o kruchości i nieprzewidywalności życia, a także o docenieniu obecności bliskich nam osób.
Potrzeba nam takich historii.
„Do zobaczenia jutro” miało wymiar czysto psychologiczny. Fabuła opierała się tak na prawdę na radzeniu sobie nastolatków z traumą, związaną ze strzelaniną w szkole, w której zginęli ich przyjaciele i znajomi. Druga część z kolei to niezwykle emocjonujący thriller, który wciąga już od pierwszych stron. Podczas lektury cały czas towarzyszyło mi uczucie niepokoju i z niecierpliwością wyczekiwałam ostatecznego finału.
Fabuła jest przemyślana i dopracowana w każdym calu. Autorka odpowiednio dawkuje kolejne informacje, by w ostatecznym finale wyłożyć wszystkie karty na stół. Bardzo spodobała mi się narracja ze strony Noaha, która także bardzo dużo wniosła do fabuły. Zakończenie było takie jak się spodziewałam, czyli bardzo emocjonalne. Stanowiło ono idealne uwieńczenie tej historii.
Druga część spodobała mi się bardziej niż pierwsza, co rzadko się zdarza. W „Do zobaczenia jutro” momentami wątek romantyczny za bardzo wychodził na pierwszy plan i dało się wyczuć różnicę w wieku między Noah a Leah, co mnie osobiście trochę „uwierało”. Natomiast w drugiej części wszystko było w punkt.
Ta dylogia na długo zapadnie w mym sercu i z pewnością będę ją polecać każdemu.
Bawiłam się wprost wybornie podczas czytania tej powieści i jestem zaskoczona tym, jak niewiele się o niej mówiło w okolicach premiery. „Miłość mojego (nie)życia” to naprawdę super powieść, która bawi, wzrusza i daje do myślenia.
Autorka już od początku kupiła mnie swoim poczuciem humoru. Nie zliczę, ile razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem podczas lektury. Pomysł na fabułę był dość ciekawy i oryginalny. Jedyne zastrzeżenie mam tak naprawdę do jednego aspektu w zakończeniu. Wydaje mi się, że jedna sytuacja, pod względem medycznym była dość nierealna.
Fabuła jest dość przewidywalna, ale nie przeszkadza to w odbiorze historii. Wątek romantyczny jest ciekawie poprowadzony a „sceny miłosnych uniesień” są subtelne i napisane ze smakiem. Postać Delphie stanowi idealne przypomnienie, by pozwolić samemu sobie otworzyć się na innych ludzi. Wpuścić ich do swojego życia, by nie być samotnym i nieszczęśliwym. I wcale nie chodzi tu o romantyczne uczucia. Wystarczy starszy, schorowany sąsiad, czy nieco zwariowana koleżanka z pracy.
W tej lekkiej i pełnej humoru powieści, autorka przypomina nam jak ważne jest czerpanie z życia pełnymi garściami. Śmierć bywa nagła i niespodziewana, a więc warto żyć tak, by kiedyś być z niego w pełni zadowolonym.
Temat niepełnosprawności został przedstawiony w dość delikatny sposób. Ślepota Tessy nie przytłacza być może aż tak bardzo, za sprawą tego, iż jest to sytuacja tymczasowa. Dziewczyna bowiem otrzymała coś, na co większość osób niepełnosprawnych nie może sobie pozwolić – nadzieję na powrót do zdrowia.
Weston to słońce tej historii. Jest to postać, która od razu skradła moje serce. Jego dojrzałość i wrażliwość nie raz mnie zaskakiwała. Swoją postawą wzbudził we mnie poczucie wdzięczności za to, że jestem zdrowa i mam wokół siebie ludzi, którzy mnie kochają.
Większość czytelników może zarzucić tej powieści to, że z czasem wątek romantyczny za bardzo wychodzi na pierwszy plan. Mnie o dziwo to nie przeszkadzało, bo dzięki temu ta historia nie przytłacza. Motyw pierwszej, nastoletniej miłości to pewnego rodzaju odskocznia od cierpienia i poczucia niesprawiedliwości w związku z niepełnosprawnością.
„100 dni słońca” to powieść pełna nadziei, oddziałująca na wszystkie nasze zmysły. Niezwykle wyrazista w swojej delikatności.
Ujęła mnie ta historia, choć z pewnością nie jest ona idealna. Przejdźmy jednak najpierw do kwestii, dzięki którym ta powieść mnie „kupiła”.
Po pierwsze – dojrzałość bohaterów. Na reszcie doczekałam się relacji, w której rozwiązuje się problemy rozmową. Nie ma żadnych niedopowiedzeń, przemilczanych słów. Brak bezsensownych kłótni, które można byłoby rozwiązać jedną szczerą rozmową.
Po drugie – bohaterowie. Nie ma co owijać w bawełnę, Connor trafia do mojej listy książkowych mężów. Być może jest zbyt idealny, ale to w jaki sposób zdobywał serce nie tylko Maisie, ale i jej córki totalnie mnie wzruszyło. Swoją drogą, bardzo spodobał mi się pomysł autorki w kwestii wprowadzenia trzeciego narratora historii, którym jest Nelly. Ona również miała wiele do powiedzenia w tej historii.
Po trzecie – poruszanie trudnej tematyki związanej z samoakceptacją oraz radzeniem sobie z traumą. Tematy te towarzyszą czytelnikowi od samego końca historii, aż do jej zakończenia. Same sceny zbliżeń bohaterów są czymś więcej niż tylko „pikantnym” dodatkiem do romansu. To właśnie one najczęściej poruszały wątek samoakceptacji.
Co w takim razie nie wyszło? Jak dla mnie relacja między bohaterami rozwinęła się zbyt szybko. Po tak traumatycznych przeżyciach spodziewałam się, że Maise będzie potrzebowała więcej czasu na zaufanie Connorowi i angażowanie się w kolejny związek. Cała historia mogłaby też być odrobinę krótsza.
Mimo wszystko historia bardzo mi się spodobała. Autorka ma świetne pióro i jestem przekonana, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z jej twórczością.
Największą wadą tej historii jest to, że znałam niestety jej zakończenie. Swoją drogą chyba tylko Aleksandra Muraszka potrafi napisać powieść, w której fabuła nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, a mimo to potrafi sprawić, że emocjonalnie ciężko się pozbierać po tej historii.
Rhys to postać której ciężko nie pokochać. To chłopak o złotym sercu. Ciekawy świata i z głową pełną marzeń. Wierny swoim przekonaniom i wartościom. Wspaniały przyjaciel, chłopak, brat i syn. Bardzo spodobało mi się to, że jego historia nie skupiała się tylko na tej relacji damsko-męskiej. Równie ważne są tu również relacje z rodziną. Już od pierwszych stron można wyczuć wyjątkową więź między braćmi.
Ta historia daje do myślenia. Los bywa zmienny. Nic nie jest dane nam na zawsze. W momencie gdy wydawać by się mogło, że mamy już wszystko, to zaledwie w ułamku sekundy możemy wszystko stracić. Doceniajmy każdą, nawet najmniej istotną chwilę i dostrzegajmy ludzi wokół nas. Bo życie bywa naprawdę przewrotne i zaskoczy nas w najmniej spodziewanym momencie.
Kiedy mam ochotę na lekką i zabawną „młodzieżówkę” powieści Lynn Painter mogę brać w ciemno. Być może jej historie są nieco schematyczne, ale bardzo lubię jej pióro i poczucie humoru oraz kreowane przez nią postacie.
Lekka, zabawna i czarująca – takimi trzema słowami określiłabym powieść „Lepiej niż w filmach”. Z pewnością doceni ją bardziej młodsza grupa czytelników, nie mniej jednak ja świetnie się przy niej bawiłam i momentami naprawdę ciężko było mi się od niej oderwać.
Jestem przekonana że Wes szybko skradnie Wasze serca. To jeden z tych bohaterów, których po prostu nie da się nie polubić. Liz też jest ciekawą postacią, choć nie do końca rozumiałam co poniektórych jej zachowań. Być może jest to wynik różnicy wieku. Dorosły człowiek ma nieco inne spojrzenie na pewne sprawy niż nastolatek.
Nie jest to literatura „górnych lotów” jednak jako nastolatkowy romans spisał się idealnie. „Lepiej niż w filmach” to nie tylko pełna humoru opowieść, w której można znaleźć wiele nawiązań do kultowych filmów. To też wzruszająca historia poruszająca wątek straty bliskich i radzenia sobie z żałobą.
Czytaliście którąś z powyższych? ♥
Jakie książki znalazły się w waszych rankingach najlepszych książek 2025 roku? ♥
Girl from Stars
.png)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz